2013-06-11

Budapeszt i Centrál Café

- Polacy?
- Tak.
- Moja babcia pochodziła z Katowic, miała na imię Jadwiga - uśmiechnięta staruszka zaczepiła nas w kruchcie kościoła, do którego wskoczyliśmy uciekając przed nagłą ulewą.
- Popada pięć minut i przestanie. Zawsze tak jest - dodała, zerkając nam do torby, w której upchnęłam tani parasol kupiony dzień wcześniej na stacji metra.
Budapeszt był na liście moich wymarzonych wypraw już dawno temu i czekałam tylko na okazję, by się do niego wybrać.
Słyszałam różne opinie, wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej.
Tuż przed wyjazdem, bombardowani telefonami od znajomych, którzy ostrzegali nas przed stanem powodziowym, przez chwilę się wahaliśmy, czy nie przełożyć wyprawy. Jak zwykle z pomocą przyszedł Facebook i czytelnicy mieszkający w Budapeszcie (dziękuję :-), którzy uspokajali i zachęcali do odwiedzin.
Miasto powitało nas ulewą i zimnem. Prognozy pogody również nie pozostawiały złudzeń, ale ja zazwyczaj jestem dobrej myśli i wierzyłam w to, że w końcu się rozpogodzi. I tak też się stało.


Zwykle w nowych miejscach pozwalam sobie na swobodne poznawanie tego, co mnie otacza. Wyznaczam sobie kilka punktów, które chciałabym zobaczyć, ale często kończy się tak, że znajduję zupełnie nowe, rozsypane na trasie i czekające tylko na to, by do nich trafić.
W pamięci mam wiedeńską Cafe Central , do której zawsze idę, kiedy tylko odwiedzam Wiedeń, więc kiedy przechodząc w Budapeszcie obok kawiarni o tej samej nazwie zajrzałam przez szybę do środka, czułam, że znalazłam swoje ulubione miejsce.
Uwielbiam bezpretensjonalne kawiarnie z historią, w których czas się zatrzymał. Takie, gdzie można swobodnie usiąść i poczuć się tak, jakby było się  tu już wiele razy wcześniej. Miejsca, gdzie kelner nie dziwi się, że najpierw zamawiam deser i kawę, by po chwili stwierdzić, że zjadłabym jeszcze łazanki z kapustą, bo przecież właśnie jest pora obiadu.
Centrál Café istnieje w Budapeszcie od 1887 roku, dysponuje kartą lokalnych, ale też wiedeńskich specjałów i ma przystępne ceny (kawałek tortu kosztuje ok. 9 zł, cappuccino ok. 7 zł, łazanki ok. 15 zł).
Znajduje się w przestronnej sali, w której, o dziwo, nie było żadnych turystów, jedyni goście to starsi panowie jedzący obiad i popijający lokalne piwo.

Lecsó z papryki i pomidorów, z jajkiem i piwo Dreher
Łazanki ze słodką, karmelizowaną kapustą
Kapuzinerkawa z bitą śmietaną i czekoladą
Rákóczi, tarta migdałowa, domowy dżem morelowy, twaróg, beza i cappuccino
Eszterházy, warstwy orzechowego biszkoptu przełożone orzechowym, lekkim kremem
Central Torte czyli torcik firmowy
Budapeszt jest piękny, ze starymi kamienicami, rowerami i restauracyjkami oferującymi lokalne specjały. Przypomina mi Wiedeń, ale bez wątpienia jest bardziej na luzie, swobodny i przyjazny. To początek mojej wyprawy, ale czuję, że na jednej się nie skończy i chętnie będę tu wracać.
Do szybkiego przeczytania!






Centrál Café
1053 Budapest, Károlyi Mihály u. 9.
Otwarte 8-23

2013-05-29

Drożdżowe brioszki z kajmakiem i jabłkami



Jak obiecałam, tak zrobiłam. Brioszki z opisywanej przeze mnie książki Rachel Khoo.
Wena naszła mnie tuż po północy, przy okazji okazało się, że moja waga nie działa, więc proporcje są trochę na czuja.
Połączenie drożdżowej bułki, kajmaku i jabłek i oprószenie wszystkiego płatkami migdałów to jest zdecydowanie to, czego mi potrzeba.
Wiedząc, że jestem śpiochem i że rano na pewno nie będzie mi się chciało wałkować ciasta i czekać, aż wyrośnie, przygotowałam wszystko w nocy, przełożyłam do formy i wstawiłam do lodówki.
Rano wyjęłam ciasto z lodówki, wskoczyłam jeszcze na półtorej godziny do łóżka, a potem upiekłam jedne z najpyszniejszych bułek w tym roku.
Szkoda gadać, trzeba zrobić :)



Drożdżowe brioszki z kajmakiem i jabłkami

/przepis z książki Mała Paryska Kuchnia. Rachel Khoo, nieznacznie zmodyfikowany, zmieniłam trochę sposób wykonania/

8 dag masła
50 ml mleka
0,5 dag suchych drożdży (użyłam świeżych)
25 dag mąki
5 dag cukru
szczypta soli
1 jajko, roztrzepane
1 czubata łyżka śmietany
1 łyżeczka aromatu waniliowego
1 łyżeczka wody z kwiatów pomarańczy
1 jajko, roztrzepane, do posmarowania

Nadzienie:
15 dag dulce de leche (użyłam gotowej masy kajmakowej)
3 małe jabłka (wydrążone i grubo poszatkowane)
do posypania: płatki migdałów

Rozpuść masło w mleku, dodaj drożdże i mieszaj aż się rozpuszczą. Następnie dodaj pozostałe składniki (oprócz tych na nadzienie) i wyrób luźne ciasto.
Odstaw do wyrastania na ok. 1 godz.
Wyrośniete ciasto przełóż na stolnicę oprószoną mąką, rozwałkuj na prostokąc 40x30 cm. Posmaruj masą kajmakową, na wierzchu ułóż jabłka i zwiń w rulon zaczynając od dłuższego boku.
Pokrój na 6-8 równych części.
Tortownicę o średnicy 28 cm wyłóż papierem do pieczenia i ułóż w niej bułeczki. Przykryj folią i wstaw na noc do lodówki.
Rano wyjmij ciasto z lodówki i pozwól mu osiągnąć temperaturę pokojową (zajmie to 1-1,5 h). Posmaruj wierzch rozbełtanym jajkiem i posyp płatkami migdałów (opcjonalnie, nie ma tego w przepisie).
Rano nagrzej piekarnik do 160 st C.
Wstaw bułeczki i piecz 30-40 minut, aż będą rumiane.

Smacznego!

2013-05-28

Mała paryska kuchnia Rachel Khoo


Czasem wracam wspomnieniami do początków blogowania. W maju minęło siedem lat, od kiedy wieczorami siedziałam przy komputerze poznając świat zagranicznych blogów.
Cannelle et VanilleTarteletteLa Tartine Gourmande, czy Fior di Zucca, od którego tak naprawdę wszystko się dla mnie zaczęło.
Każdy z nich wciąż istnieje, a ich autorki rozwinęły skrzydła, nie tylko artystycznie, ale również zawodowo.
Wtedy blogowy świat, nawet ten międzynarodowy, był na tyle mały, że wymieniałyśmy ze sobą maile, nawiązując bliższe lub dalsze relacje.
Pewnego dnia znalazłam posta na swój temat na innym blogu, prowadzonym przez uroczą brunetkę o czerwonych ustach, Rachel Khoo. Jej blog nazywał się wówczas Rachel Khooks, a sama autorka marzyła wtedy o wyjeździe do Paryża.
Wymieniłyśmy kilka maili, podczas mojej krótkiej wizyty w stolicy Francji próbowałyśmy się nawet spotkać, bo Rachel pracowała wtedy w księgarni z książkami kucharskimi La Cocotte.
Niestety grafik szalonego turysty miałam wówczas tak napięty, że wieczorami po prostu padałam ze zmęczenia i nie udało nam się spotkać. Szkoda.



Dziś Rachel ma swój kulinarny program i niedawno wydała książkę Mała Paryska Kuchnia, którą sfotografował dla niej nie kto inny, jak naczelny fotograf Jamiego Oliviera, David Loftus.
Książkę kupiłam, jak tylko się pojawiła w Anglii, ale ukazanie się jej po polsku ucieszyło mnie podwójnie.
Jej książka jest bowiem taka, jakie lubię najbardziej: proste przepisy, dużo klasyki, trochę interpretacji. Dużo zdjęć, trochę gadania.
Rachel spełniła swoje marzenie, wyjechała z Anglii do Paryża, zamieszkała w malutkim, jak na Paryż przystało, mieszkanku, rozpoczęła trzymiesięczny kurs cukierniczy w Le Cordon Bleu, by następnie podjąć pracę we wspomnianej przeze mnie La Cocotte, gdzie obsługiwała przyjęcia z okazji promocji książek piekąc swoje specjały (szczególnie pamiętam jej muffiny).



"Mała Paryska Kuchnia" to opowieść o tym, jak młoda Angielka adaptuje do swoich potrzeb klasyczne, francuskie potrawy, takie jak Tarte flambee (tarta z cebulą i śmietanką), Millefeuille aux pommes (napoleonki z jabłkami) czy też moje ukochane Gratin dauphinois (ziemniaki zapiekane w śmietanie). Jak słusznie zauważa Rachel, dania francuskie może brzmią skomplikowanie, ale wcale takie nie muszą być. Jak przekonuje autorka, by zrealizować swoje przepisy potrzebowała małej kuchni, w której miała do dyspozycji piekarnik i dwupalnikową płytę.
Książka składa się ze 120 przepisów i jest podzielona na rozdziały takie jak, "Fundamenty kuchni francuskiej" (słynne francuskie sosy, krem patissiere), "Codzienne gotowanie" (Sałatka z soczewicy z serem kozim, burakiem i koperkowym sosem, jajka w koszulkach z sosem z czerwonego wina), "Podwieczorek" (Naleśniki z mąki pszennej i gryczanej, Miniptysie serowe), "Letni piknik" (Tarta z anchois, cebulą i czarnymi oliwkami, chłodnik kalafiorowo-ziemniaczany).
Wydawca zadbał o staranne tłumaczenie (Małgorzata Stefaniuk) oraz redakcję z konsultacją merytoryczną (Marzena Wasilewska-Ginalska) i świetnej jakości druk na papierze offsetowym.
Dla mnie bomba.
Niedługo przygotuję coś z jej przepisów i zaprezentuję na łamach bloga.

*     *     *     *     *
Mała Paryska Kuchnia
/The little Paris kitchen/
Rachel Khoo
tłum. Małgorzata Stefaniuk
Wydawnictwo Albatros 2013
cena: ok. 60 zł


2013-05-27

Placek z rabarbarem, konfiturą różaną i bezą




Miałam jeden. Stał najpierw w garażu, potem, z braku garażu, przywędrował na korytarz mieszkania. Między wejściem do sypialni a łazienką bywał wieszakiem na ubrania, schronem dla kotów, półką na gazety. Czasem się przewracał w środku nocy, stawiając mnie na równe nogi.
Rower.
Od czasu do czasu, w przypływie rowerowej weny, znosiłam go na dół i jechałam do kawiarni, odkrywając przyjemność z chłonięcia świata inaczej niż do tej pory.
Bałam się jeździć po ulicach, a po chodniku to jakoś nie za bardzo.
Potem przyszła wiosna, a z nią szereg mało przypadkowych zdarzeń. I okazja do tego, żeby spełnić swoje marzenie i kupić czarną holenderkę. 
I można powiedzieć, że zwariowałam.
Tak, jak kiedyś oglądając książki kucharskie w środku nocy, musiałam natychmiast coś ugotować, tak dziś, oglądając zdjęcia z rowerowych wypraw, mam ochotę wsiąść na rower. Najlepiej od razu. 
Tak wiele wnoszą do mojego życia ludzie, którzy potrafią podzielić się z innymi swoją pasją. Sprawić, żeby człowiek poczuł, że to jest właśnie to, o czym zawsze marzył, jakiś zagubiony element.
To jedna z najpiękniejszych wiosen, jakie pamiętam. Jest w niej wszystko, czego zimą było mi brak.  
Pełna inspiracji, uczuć i radości płynącej z prostych rzeczy, które można razem robić, którymi można się dzielić. Takich, które nic nie kosztują, a których nie można dostać za żadne pieniądze. 
Bezcenne chwile, które chwytam jak złote rybki. Na szczęście nie trzeba ich wypuszczać, zostają na dłużej :)

A w tym tygodniu polecam nowy numer Przekroju, który jako dziecko przeglądałam z zapartym tchem, a dziś miałam przyjemność do niego napisać z okazji Dnia Dziecka. 
A na deser Placek z rabarbarem, konfiturą różaną i bezą.



To mała porcja ciasta, które upiekłam w zwykłej keksówce. Z podanej ilości wyjdą 4 kawałki placka.

Placek z rabarbarem, konfiturą różaną i bezą

Kruchy spód:

1 żółtko
50 g masła
100 g mąki
20 g drobnego cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego
1-2 łyżki mleka

2 łodygi rabarbaru, obrane, pokrojone na kawałki szerokości keksówki i przecięte wzdłuż na 3 części

2 łyżki konfitury różanej

Beza:

1 białko
1 łyżeczka cukru


Ze składników na spód zagnieść ciasto - mleko należy dodawać stopniowo.
Keksówkę o pojemności 1 l* wyłożyć papierem, spód wylepić ciastem.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. Wstawić ciasto, podpiekać 10-12 minut.
W tym czasie białko ubić na sztywną pianę, pod koniec dodać cukier.
Wyjąć z piekarnika, posmarować konfiturą, na wierzchu ułożyć rabarbar (kawałki powinny mieć szerokość krótszego boku keksówki) i posmarować pianą z białek. Dopiekać ok. 15-20 minut.

Smacznego!

*To tradycyjna, zwykła keksówka średniej wielkości.

2013-05-20

Tarta z morelami i śliwkami zapiekanymi w karmelowym kremie




Kiedyś, na przełomie maja i czerwca, na ulicznych straganach kupowałam po drodze do pracy truskawki, by zjeść je ze śmietaną utartą z cukrem.
Lubiłam obserwować, jak zmieniają się owocowe pory roku i co chwila pojawia się coś nowego. W małych, drewnianych albo tekturowych koszyczkach. 
Pamiętam też, kiedy jako dziecko wracałam z mamą z warzywnego targu z papierową torbą, w której było pół kilo ciemnoczerwonych czereśni. 
Później jadłam je wprost z durszlaka, jeszcze z kropelkami wody, siedząc przy otwartym oknie i patrząc na wysokie topole pod moim blokiem.
Rzucając pestki do ogródka sąsiadki z nadzieją, że wyrośnie z nich czereśniowy sad.
Skaranie boskie z takimi dzieciakami sąsiadów! ;)

W czwartek poszłam na bazar nacieszyć oczy tym wszystkim, na co czekam cały rok. I kupiłam morele, choć jeszcze nie sezon. 
Połączenie lekko cierpkich owoców i karmelowego kremu ze śmietaną okazało się niezwykle udane. Morele można zastąpić innymi owocami, choćby jabłkami. Nie powinny być jednak zbyt miękkie, by nie rozpadły się podczas karmelizowania.




Tarta z morelami i śliwkami

Spód:
100 g masła
2 żółtka
200 g mąki pszennej
2 łyżki śmietany 18%

400 g owoców (użyłam 300 g świeżych moreli i 100 g mrożonych śliwek)
100 g masła
150 g cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
100 ml śmietany 18%
2 jajka

Ze składników na spód zagnieść gładkie ciasto. Wylepić nim formę do tarty o średnicy 26 cm.
Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wstawić formę z ciastem i podpiekać 12-15 minut.
Na głębokiej patelni rozpuścić masło (100 g), wsypać cukier. Kiedy zacznie się karmelizować, po ok. 10-15 minutach, dodać wypestkowane owoce. Karmelizować 5 minut. Zdjąć z ognia.
Owoce (bez karmelu) przełożyć na podpieczony spód.
Śmietanę połączyć z jajkami i wanilią, rozbełtać w misce. Następnie powoli wlewać do karmelu i dokładnie wymieszać. Tak przygotowaną masą zalać owoce. Wstawić ponownie do piekarnika na kolejne 30 minut, aż masa się dobrze zetnie.

Smacznego!